Witam,

Na moim blogu opisuje wszelkie możliwe aspekty wolności. Przedstawiam jej zagrożenia ale i sposoby ochrony, którymi są np. nasze wartości. Znajdziesz tutaj także relacje z moich podróży zawierające cenne informacje o miejscach, które udało mi sie odwiedzic.
Chciałabym pomóc czytelnikom w zdefiniowaniu i określeniu siebie, gdyż uważam to za głównym determinant wolności!

Zapraszam.

Ściągnij darmowy e-book "W poszukiwaniu powołania"

Zgadzam się z Polityką Prywatności

niedziela, 13 listopada 2011

PURA VIDA czyli życie według Ticos...

Jak mówił Fiodor Dostojewski: „Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach”. A dowodem na to mogą być nie tylko przykłady pojedyńczych jednostek, ale i społeczności, a nawet całe państwa. Otóż, wyobraźmy sobie, że jest taki kraj...

Właśnie wróciłam z zielonej, pachnącej i wilgotnej Kostaryki, która często nazywana jest „pozostałością raju” – i to nie tylko ze wzgledu na przyrodę, która robi ogromne wrażenie i przesyca każdy niemal aspekt życia. Muszę tutaj wspomnieć o unikalnej atmosferze tego kraju. Kostaryka jest ewenementem w Ameryce Środkowej. Jako jedyne państwo w tym regionie, nie została nigdy dotknieta przez działania wojenne, a kraj jako taki w ogóle nie posiada ARMII!!! Zatem lwia część budżetu przeznaczana jest na konserwację przyrody i edukację - 40% powierzchni tego kraju stanowią parki narodowe!!!

Taka bezkonfliktowa (chciałoby się powiedzieć: rajska) polityka przekłada się bezpośrednio na życie ludzi. Jak wynika z opublikowanego rankingu Fundacji na rzecz Nowej Ekonomii (NEF) mieszkańcy Kostaryki wiodą najdłuższe i najbardziej satysfakcjonujące życie przy minimalnych szkodach dla środowiska naturalnego. Nic dziwnego, że „Ticos” – czyli mieszkańcy Kostaryki - pozdrawiają się najczęściej zwrotem „PURA VIDA”, co dosłownie ozancza: „pure life” (czyste życie).

Osobiście pojechałam tam z równie „czystymi i pokojowymi” zamiarami. W czasie tej podróży postanowiłam nie tylko korzystać z uciech i atrakcji, ale również coś z siebie dać – i muszę powiedzieć że był to strzał w 10! Wakacje w Kostaryce spędziłam pracujac... jako wolontariusz. Brałam udział w dwóch projektach wolontariackich, które prowadzone były przez organizację ASVO (http://www.asvocr.org/). Organizacja ta działa w Kostaryce od ponad 20 lat i jest zupełnie niezależna od rządu. Zarówno siedziba jak i hostel ASVO znajdują sie w stolicy, czyli San Jose, skąd szybko i wygodnie można dostać się w różne części kraju, gdzie prowadzone są projekty przyrodnicze, edukacyjne i socjalne. Opłaty od wolontariuszy pobierane są za jedzenie i nocleg ($22.00 za dzień). Z tym, że płacimy na miejscu czyli dopiero po przyjeździe do Kostaryki. Organizacja ta ma bardzo elastyczne reguły – jedynym wymogiem jest minimalny czas pobytu na okres 2 tygodni.

W związku z tym, że spędziłam dość dużo czasu w jednym miejscu czyli w uroczej miejscowości Montezuma, położonej nad Pacyfikiem, miałam okazję poznać i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami, czego pozbawieni są „regularni” turyści i backpackerzy przemieszczający się nieustannie z miejsca na miejsce. Również wspólna praca i wzajemna pomoc bardzo zbliżyła do siebie wolontariuszy oraz lokalnych. Dzięki temu udało mi się na własnej skórze odczuć znaczenie tego, czym tak naprawdę jest PURA VIDA (pure life) według Ticos. Okazało się, że nie było w tym nic rewolucyjnego, a ludzie żyjący tam nie robią niczego specjalnego w tym kierunku, aby żyć długo, szczęśliwie i w harmonii z naturą. Z obserwacji moich wynika, że PURA VIDA jest naturalnym stanem każdego z nas – z taką różnicą, że Ticos temu „naturalnemu byciu” po prostu... nie przeszkadzają! Natomiast, my – przedstawiciele kultury zachodniej robimy wszystko, żeby ten „nturalny stan” w sobie stłamsić! Wciąż zastanwiamy się nad tym co jeszcze zrobić w naszym, i tak już „zatłoczonym” życiu, w którym od dawna brakuje przestrzeni do zastanowienia sie nad sobą i nad tym co prawdziwe i uniwersalne. Jednak cały „sęk” w tym - czego NIE ROBIĆ! – jak pokazuje przykład Ticos.

Idąc za słynnym rzeźbiarzem - Michałem Aniołem, który pracując nad postacią Dawida, powiedział: "Postać Dawida znajduje się w środku granitu od samego początku i jest od razu doskonała. Jedyne co potrzeba zrobić, to odłupać zbędne kawałki". Tak też z moich „kostarykańskich obserwacji” wynika, że aby osiągnąć stan zwany PURA VIDA lub chociaż zbliżyć się do niego i móc usłyszeć głos własnej duszy, należy przede wszystkim zredukować i zrezygnować z takich czynności, które pochłaniają dużo czasu, energii i naszej drogocennej uwagi, a nie dają żadnego efektu. Oto niektóre z nich:

Po pierwsze: NIE Planuj (lub uładaj taki plan, który można zmienić)

Pierwszy z projektów, w którym udzielałam się czynnie, to program edukacyjny, gdzie uczyłam języka angielskiego w pobliskiej szkole, a czasem prowadziłam także lekcje wychowania fizycznego. Było to zadanie o tyle karkołomne, że dzieci były w różnym wieku. Niektóre z nich dopiero uczyły się pisać i czytać, a każde z nich było na innym poziomie, jeśli chodzi o język angielski. Zatem bardzo szybko porzuciłam skrzętnie opracowywane plany poszczególnych lekcji i postanowiłam zmierzyć się z tym „żywiołem” bez przygotowania... Był to jeden z lepszych pomysłów na jaki wpadłam w tej szkole – uczyłam ich po prostu tego, czego potrzebowały. To one wskazywały mi na problemy i trudności, które wychwytywałam i „szlifowałam” jak umiałam najlepiej. Charakter lekcji stał się bardziej organiczny - wykład zamienił się w dialog, z kótrego czerpały obie strony. Dzieci uczyły się mówić po angielsku, a ja siłą rzeczy – po hiszpańsku...

Podobnie podeszłam również do lekcji wychowania fizycznego. Tutaj znów przekazałam pałeczkę dzieciakom. Poprosiłam aby każde po kolei zaprezentowało ćwiczenie, które wszyscy powtarzaliśmy. Swoją drogą nie miałam pojęcia, że istnieją ćwiczenia rozgrzewające palców u rąk i nóg, co ma pomagać w bieganiu... Jednym słowem otwarły się przede mną nowe horyzonty, a do tego mieliśmy wszyscy ubaw po pachy – po prostu życie! PURA VIDA!

Po drugie: NIE walcz z siłami przyrody, bo to z góry skazuje nas na porażkę – zaufaj Matce Naturze, a ona obdarzy cię spokojem...

Po lekcjach w szkole, przygotowywałam się do pracy w drugim projekcie, gdzie zajmowaliśmy się ratowaniem i ochroną żółwii morskich, których populacja znacznie zmniejszyła się przez ostatnie lata. Najciekawsze jest to, że żółwie chronić trzeba przede wszystkim przed ludźmi, którzy wykradają całe gniazda... dla pieniędzy.

Skrócony opis naszej pracy wyglądał mniej więcej w ten sposób: nocą patrolujemy plaże w poszukiwaniu nowych gniazd lub żółwii właśnie składających jaja. Następnie wykopujemy takie gniazdo i robimy drugie w bezpiecznym miejscu chronionym przez nas, czyli wolontariuszy. Każde gniazdo jest oznaczone i opisane - mniej więcej po 45 dniach powinny wykluć się małe, co najczęściej dzieje się nocą – dlatego wolontariusze pełnią dyżury w „Wylęgarni” przez okrągłą dobę. Gdy małe wyjdą na powierzchnię, trzeba je połapać do wiaderka z wilgotnym piaskiem. Pierwszych dziesięć sztuk mierzymy i ważymy. Liczymy wszystkie żółwiątka z gniazda (a jest ich zazwyczaj 80-120) i wypuszczamy do oceanu upewniając się że wszystkie podążają w odpowiednim kierunku. Czasem żółwie oślepione ostrym światłem z pobliskich zabudowań mylą kierunek. Dlatego też, w czasie patrolowania czy pracy w „Wylęgarni” nie można używać zwykłych latarek czy robić zdięć. W czasie „akcji” używaliśmy jedynie delikatnych czerwonych światełek, które nie wyrządzają żółwiom krzywdy.

Praca przy tym projekcie bywała ciężka, ale wdzięczna jednocześnie. Nocne dyżury w wylęgarni były męczące szczególnie w czasie burz i przypływów. Proszę wyobrazić sobie upalną noc w bambusowo – trzcinowej chatce na dzikiej plaży... Brzmi romantycznie, nieprawdaż... A teraz proszę wyobrazić sobie tę chatkę w czasie sztormu - kiedy ocean ryczy..., niebo grzmi..., pioruny strzelają..., a fale podchodzą prawie pod nasze bambusowe ogrodzenie i porywają wszystko co znajdzie się w ich zasięgu..., a z pobliskiego lasu tropikalnego dochodzą mrożące krew w żyłach odgłosy – to już nie brzmi zachęcająco. W czasie takiego „intensywnego pogodowo” dyżuru, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mamy właściwie żadnych szans wrazie gdyby... nie daj Boże... Już zaczęłam wymyślać opcje ewakuacji, i w tym momecie usłyszałam wołanie koleżanki wolontariuszki: MAMY DZIECI!!! - Właśnie wykluło się 89 małych żółwiątek, zabrałyśmy się więc do mierzenia i warzenia naszego nowego „towarzystwa”. Moje obawy o własną skórę zniknęły natychmiast. Gdy tylko skupiłam się na „nowym życiu” – zamiast na jego „tragicznym zakończeniu” - mój nastrój i energia wróciły do normy, na co odpowiedziała również przyroda – nawet nie wiem kiedy cała zawierucha przeszła, morze uspokoiło się, niebo oczyściło, las „zmienił ton” na o wiele przyjemniejszy, a przede wszystkim spokojniejszy. Tej samej nocy koledzy z patrolu przynieśli nam jeszcze dwa nowe gniazda, a ja sama znalazłam jedno jajo podczas wykopywania dołu na nowe gniazdo – jednym słowem zalew nowego życia - nie miałam już czasu zastanawiać się nad niebezpieczeństwami ze strony natury. Od tamtej chwili moje negatywne myśli znikneły i nie pojawiały się już więcej nawet podczas bardzo intensywnych sztormów – wiedziałam już, że to tylko Matka Natura celebruje nowe życie... Ja mogłam się jedynie przyłączyć... PURA VIDA!

Po trzecie: nie analizuj – życie pisze scenariusze wybiegające poza wszelką logikę...

W ciągu dnia, na szczęście, nie było aż tyle pracy w Wylęgarni, gdyż żółwie wolą przychodzić na świat pod osłoną nocy. Poza drobnymi pracami porządkowymi wokół gniazd, głównie odsypialiśmy na plaży nieprzespane noce, kąpaliśmy się w oceanie, czytaliśmy zalegle lektury i uzupelnialiśmy pamiętniki – bo przecież było o czym pisać...

Pewnego razu w czasie prac porządkowych, jeden z kolegów znalazł żółwiątko między workami z piaskiem, które poukładane były wokół naszego poletka z gniazdami. „Mam martwego żółwia!” – zawołał Alvaro. Zapytałam co z nim zrobić. Zostałam poinstruowana, że należy wykopać dołek na plaży i zakopać żółwiątko, a natura się nim zajmie. Nie kwestionowałam więc tego, ani nie zadawałam zbędnych pytań... i faktycznie - Matka Natura przejęła inicjatywę... Wzięłam zwłoki żółwiątka, łopatę i oddaliłam się nieco od naszej trzcinowej chatki, aby „wykopać grób” w spokojnym miejscu. Położyłam małego na piasku i wbiłam łopatę obok. Przerzuciłam piasek kilka razy i właściwie już chciałam włożyć mlutkie zwłoki do dołka, jednak wbiłam łopate raz jeszcze... i w tym momencie maluszek zaczął się ruszać... Pewnie poczuł mokry piasek, który obudził w nim instynkt przetrwania. Mały był bardzo słaby, więc przeniosłam go bliżej oceanu. Gdy tylko poczuł słoną wodę zaczął ruszać się coraz szybciej i szybciej... aż pochłonął go ocean, w którym zniknął z naszych oczu, ale przecież cały czas jest... i pewnie pływa sobie teraz gdzieś na rafach... dzielny maluch...

Oboje z kolegą nie mogliśmy pojąć jak doskonale działają prawa przyrody. Wszystkie siły i elementy – pozytywne i negatywne - sprzymierzają się, aby zachować ciągłość życia. Jeśli człowiek podda się ich wpływom i nie kwestionuje praw natury, może być pożytecznym narzędziem w jej rękach. Popatrzmy na nasz przykład – Alvaro znalazł żółwia, na którego bezwiednie „wydał wyrok śmierci”, a ja poszłam ten wyrok wykonać, a w rezultacie uratowałam go... w dodatku przed samą sobą... Takiego scenariusza nie wymyśliłby nawet Hitchcock. Osobiście nic z tego nie rozumiem i nie mam zamiaru tego dochodzić – po prostu cieszę się, że mogłam być we właściwym czasie i właściwym miejscu, aby ocalić jedno „małe” życie. Kiedy żółwik zniknął w oceanie, łza szczęścia zakręciła mi się w oku – w tym momecie usłyszałam szept Alvaro: „PURA VIDA...”

Po czwarte: Nie myśl o tym, czego brakuje – wszystko co potrzebne, jest zawsze w twoim zasięgu...

W ciągu dnia naszą chatkę bambusową odwiedzali rozmaici goście – zarówno tubylcy jak i turyści, którym chętnie wyjaśnialiśmy na czym polega idea tego projektu. Jednak najczęstrzymi bywalcami naszych skromnych progów byli miejscowi surferzy – Manuel i Alvaro – Młodzi chłopcy marzący o założeniu własnej firmy – szkoły surfingu. Spędzali oni czasem cały dzień na plaży, ale mimo upału, nigdy nie przynosili ze sobą wody ani jedzenia. Pomyślałam więc, że zaoferuję im coś do picia – nalałam wody do kubka i podałam go Manuelowi – zupełnie jak „Miłosierny Samarytanin”. Na co on roześmiał się w głos i powiedział: „Mamy coś lepszego!” W tym momencie jego kolega podbiegł do najbliższej palmy, wspiął się na nią w ciągu kilku sekund. Za chwilę zobaczyłam spadające orzechy kokosowe. Manuel porozbijał je jednym uderzeniem o ostrą gałąź i podał po jednym każdemu z nas. „Po co nosić ze sobą jedzenie i picie – przecież wszystko co potrzebne jest tutaj” – rzekł z przekąsem Manuel, po czym uniósł swój orzech do toastu: „PURA VIDA!” - Smaku świeżej wody kokosowej w upalny i wilgotny dzień, nie da się porównać z niczym innym. Muszę przyznać, że taka uczta nie tylko gasi pragnienie, ale również nasyca i dodaje energii – nic dziwnego, że chłopcy mają siłę surfować cały dzień.

Manuel miał zwyczaj pojawiania się w sytuacjach, kiedy właśnie ktoś z nas potrzebował pomocy. Czasem zdarzało się, że uczyłam angielskiego na zewnątrz – wtedy często przychodził nasz kolega, aby zaprowadzić porządek w klasie lub wytłumaczyć coś po hiszpańsku, co znacznie ułatwiało mi sprawę. Po lekcji Manuel dziękował mi dziesiatki razy za to że przyjechałam z tak daleka, aby uczyć tutejsze dzieci języka angielskiego, który jest przecież podstawą egzytencji w turystycznej miejscowości.

Z kolei ja chciałam wziąć lekcje hiszpańskiego , więc rozglądałam się za jakąś szkółką, których jest zazwyczaj dużo w takich miejscach. Okazało się jednak, że lekcje dało mi samo życie... Na jeden z pierwszych dyżurów w Wylęgarni zostałam wyznaczona razem z Adrianą, czyli rodowitą Tica, której angielski zaczynał się i kończył na słowie: „OK”! Zostałam z nią sama na 6 godzin – po prostu nie mogłam wymarzyć sobie lepszej sytuacji. W ciągu tych 6 godzin nauczyłam się więcej niż w ciągu całych moich wakacji na Kostaryce. W dodatku nic nie płaciłam, za to o wiele więcej zyskałam – drogocenną wiedzę i bezcenną przyjaźń... PURA VIDA!...

Po piąte: NIE obawiaj się żywiołu – ale uszanuj go i zaakceptuj

Po zakończonych projektach wolontariackich, bardzo ciężko było mi rozstawać się z innymi wolontariuszami i mieszkańcami Montezumy, których szczerze polubiłam i przywiązałam się do nich. W związku z tym, że pozostał mi jeszcze niecały tydzień wakacji, postanowiłam dla odmiany spędzić go w cieniu wulkanu. Udałam się zatem do uroczej miejscowości La Fortuna, położonej po wschodniej stronie wciąż czynnego wulkanu Arenal.

Po przyjeździe niemal natychmiast dało się odczuć różnicę w usposobienu ludzi i atmosferze panującej w miasteczku niemal całkowicie zależnego od „nastroju”... góry. Już sama nazwa miejscowości wiele mówi – w końcu „Fortuna kołem się toczy...”. Tutejsi ludzie są spokojniejsi i nieco bardziej wyciszeni niż Ticos z wybrzeża - tak jakby nie chcieli obudzić złego... Z drugiej strony jednak, to dzięki temu nieprzewidywalnemu żywiołowi to miasteczko egzystuje, a ludzie mają środki do życia, głównie dzięki turystom odwiedzającym to magiczne miejsce. W Fortunie niemal wszystkie biznesy mają w nazwie słowo „lava” lub „volcano”. Ja jednak zakwaterowałam się w przytulnym hostelu o nazwie „Gringo Pete’s Too” ($7 za prywatny pojedyńczy pokój) . Niby nic związanego z wulkanem... tylko pozornie... Hostel ten prowadził przemiły i wiecznie uśmiechnięty Juan Carlos, znany jako Mr. Lava... Żeby było jeszcze śmieszniej i żebym przypadkiem nie zapomniała gdzie jestem, zostałam zakwaterowana w pokoju z oknem wychodzącym centralnie na dymiącą górę. Każdego ranka Arenal puszczał do mnie powitalne „znaki dymne”, na co ja odpowiadałam chwilą ciszy, w której odwzajemniałam powitanie dziękując za spokojną noc i bezpieczne doczekanie kolejnego śniadania...

Biorąc pod uwagę historię tego miejsca, było za co dziękować... Miałam okazję posłuchać opowieści Williama - miejscowego człowieka – legendy, który jako jeden z niewielu przeżył pierwszy wybuch góry Arenal w 1968 roku, kiedy jeszcze nikt nie wiedział że Arenal jest wulkanem... Wszyscy ludzie mieszkający u jej stóp zginęli wtedy na skutek zatrucia pyłem wulkanicznym. William, mający wówczas 7 lat uratował się, gdyż mieszkał wtedy z całą swoją rodziną w górach. Z wymarłego miasta zrobiono sztuczne jezioro Arenal, które jest obecnie największym w Ameryce Środkowej. Podobno nurkując, przy dobrej pogodzie i przejrzystej wodzie dostrzec można krzyż z wieży kościelnej.

Po tragedii tej, kiedy emocje nieco opadły, ludzie zaczęli osiedlać się po drugiej stronie wulkanu i tak powstała nowa La Fortuna. Mimo że wulkan jest wciąż czynny i ludzie są świadomii zagrożeń związanych z żywiołem, to jednak potrafią żyć z nim w zgodzie. Pamiętają jednak kto tu rządzi... William stracił tutaj swojego najlepszego przyjaciela, który nie uszanował majestatu góry, podszedł zbyt blisko krateru i niestety - nie udało mu się uciec przed lawą. Kilka lat później nad wulkanem rozbił się mały samolot na skutek pyłu, który dostał się do silników. Na pokładzie było 5 osób – William jako ochotnik wspiął się na wulkan po ciała pasażerów.

Mimo tych smutnych wydarzeń, rozmówca mój nie „rozkleja się” ani nie złorzeczy na wulkan i okropny los, jaki spotyka jego bliskich. Zamiast tego w jego postawie widać ogromny szacunek dla tej ziemi oraz akceptacje tejże rzeczywistości wraz ze wszystkimi niebezpieczeństwami, jakie ze sobą niesie – PURA VIDA – jak sam mówi... Gdyby nie wybuch wulkanu w 1968 roku, William byłby pewnie teraz zupełnie kimś innym. Obecnie, całe jego życie „kręci sie” wokół tej góry... Pracuje jako przewodnik - potrafi on ciekawie opowiadać nie tylko o Arenal i jego historii, ale umie też świetnie poruszać się po lesie tropikalnym, o czym miałam okazję przekonać się osobiście. Podczas wycieczki na wulkan, William wziął nas również na spacer po lesie, gdzie pokazał nam wiele gatunków zwierząt i roślin leczniczych które nie są dostępne dla oczu i uszu ludzi „z zewnątrz”. Ale żeby móc to wszystko dostrzec, trzeba być czujnym... trzeba umieć patrzeć, słuchać i poruszać się tak cicho i bezszelestnie, żeby nie zbudzić wulkanu... Jak mówi William: „Arenal to mój przyjaciel – ale bardzo niebezpieczny przyjaciel...”

**********

W Fortunie spedziłam jeszcze kilka dni. W miedzy czasie odwiedziłam wioskę rdzennych mieszkańców tego regionu. Maleku to jedno z niewielu plemion w Ameryce Środkowej, które przetrwało konkwistę hiszpańską zachowując swoją tradycję i zwyczaje. Poczęstowano mnie tam pysznym tradycyjnym posiłkiem, którym była ryba pieczona w liściach anyżu – palce lizać! Jeden z Maleku – Luis – wziął mnie również na spacer po lesie, gdzie opowiadał mi nie tylko o przyrodzie, ale także o zwyczajach i wierzeniach swoich ludzi. Dowiedziałam się na przykład, że Maleku nie mają jakiejś ustrukturyzowanej religii – każdy ma swoje „świete miejsce”, do którego przychodzi modlić się po prostu tak jak chce i umie. Luis pokazał mi swoje miejsce modlitw – była to mała polanka w lesie gdzie było kilka naczyń na ofiary. Najciekawsza była opowieść o tym, jak chowają zmarłych. Ludzie, którzy odeszli śmiercią naturalną, chowani są dosłownie pod domem, w którym nadal mieszka rodzina zmarłego. Zmarli tragicznie, mają swoje miejsca pochówku poza wioską, gdyż tacy „wypadkowicze” mogą ściągać negatywną energię...

***************

W dzień mojego wyjazdu z Fortuny do San Jose - na samolot, tradycyjnie zaraz po przebudzeniu chciałam podziękować wulkanowi za kolejną spokojną noc i jednocześnie pożegnać go tym razem. Kiedy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam że mój „niebezpieczny przyjaciel” tym razem nie powiedział nic... Jednak zobaczyłam coś, czego wcześniej nie było mi dane oglądać. Arenal ukazał mi się w całej swojej krasie – nareszcie nie przykrywaly go żadne chmury ani mgła. Mimo, że tego ranka nie było żadnych znaków dymnych, to jednak obraz jaki zobaczyłam, był wystarczająco wymowny. Oświetlony porannym słońcem piekny, zielony kolos był dzisiaj nadzwyczaj spokojny - jakby chciał powiedzieć, że nie mam czego się obawiać, przesłał życzenia: „Bezpiecznej podróży”.

Jak widać, dojechałam i doleciałam bezpiecznie. Tylko w zabetonowanym mieście i ciagłym pośpiechu czegoś wyraźnie brakuje... Chyba nawet wiem, czego – chwili ciszy i spokoju aby dostrzec PURA VIDA...

sobota, 16 kwietnia 2011

"Świat jest księgą..."

„Świat jest księgą – ktoś, kto nie podróżuje, czyta jedną jej stronę.”

- Św. Augustyn



Tym razem chciałabym opowiedzieć o mojej podróży do Peru. Tym bardziej, że była to podróż samotna i nieplanowan, a więc odbywała się pod znakiem niemal nieograniczonej wolności.

Moja podróż do Peru była wręcz „Księgą Magiczną”, pełną zaklęć i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Bohaterowie pojawiający sie na mojej drodze to zwykli ludzie, którzy okazują się być czarownikami, dobrymi wróżkami i niezwykłymi nauczycielami.

Oto kilka rozdziałów z tej ksiegi:

O tym, jak zrozumiałam tajemną mowę... hiszpańską

W podróż do Peru wybrałam się totalnie nieprzygotowana – właściwie, to jechałam z zamiarem odwiedzenia koleżanki w Limie. W stolicy Peru spędziłam weekend i tu stała się pierwsza przedziwna rzecz – znając kilka słów po hiszpańsku rozmawiałam przez kilka godzin z dziewczyną z Argentyny, która znała zaledwie kilka słów po angielsku. Mając do dyspozycji w sumie 12-15 słów opowiedziałyśmy sobie całe życie, a rozmowa zakończyła się o 3:00 nad ranem. Podczas tej rozmowy Nancy opowiedziała mi między innymi o swojej wizycie na Machu Picchu, czym zachęciła mnie do odwiedzenia tego magicznego miejsca. W ten sposób zapadła kolejna spontaniczna decyzja, aby niezwłocznie udać się tam.

Okazało się że, język nie jest żadną przeszkodą w podrożowaniu – wystarczy „dostroić swoje fale”, otworzyć serce i umysł i po prostu chcieć porozumieć się z drugim czlowiekiem. Po tej niezwykłej konwersacji mój zasób słów z jezyka hiszpańskiego znacznie się powiększył, dlatego nie miałam wiekszych obaw, aby dalej podróżować samotnie. I tak dotarłam na Machu Picchu. Dojechałam tam porannym pociągiem (wyjazd z miejscowości Ollantaytambo o 6:00 am), dzięki temu miałam okazję oglądać ruiny wyłaniające się z porannych mgieł, a chwilę później w blasku promieni słonecznych. Jedyne co mi tam przeszkadzało to niezliczona ilość turystów... takich jak ja, poniekąd. I ciężko mi znaleźć słowa, aby opisać to miejsce – tam po prostu trzeba być! Jedyna rada, jakiej mogę udzielić, to rozsądne przygotowanie budżetu. Aby dostać się na Machu Picchu pociągiem, potrzeba w sumie okolo $160-$200 – co obejmuje bilet na pociąg, bilet autobusowy, który wiezie nas na górę, oraz bilet na ruiny. Inna droga prowadząca na Machu Picchu to Inca Trial – za 4 dni marszu przez Andy płaci się około $450.

Jak spotkałam mojego Anioła Stróża...

Pewnego razu, podczas pobytu w Cuzco, postanowiłam wybrać się do przepięknej miejscowości Pisaq, oddalonej od Cuzco o godzinę jazdy autobusem (cena biletu w jedną stronę wynosi .80 centow). Pisaq słynie z targowiska, gdzie można kupić wiele pamiątek o wiele taniej niż w typowo turystycznych miejscach.

Na miejscu wysiadłam z autobusu i stałam tak przez chwilę zastanawiając się w którą stronę powinnam się udać. Obróciłam się, żeby jeszcze rozejrzeć się i w tym momecie zobaczyłam stojącego przede mną młodego, białego mężczyznę, który zapytał mnie po angielsku, czy przypadkiem nie potrzebuję pomocy. Zdziwiłam się, bo nie było go w tym samym autobusie, którym ja przyjechałam. Również wcześniej nie widziałam nikogo czekającego na przystanku autobusowym, na którym wysiadłam. Zapytałam o drogę na targowisko, a on nie dość, że zaprowadził mnie tam, to jeszcze towarzyszył mi podczas robienia zakupów. W związku z tym że mówił perfekcyjnie po hiszpańsku, wynegocjował mi najniższe możliwe ceny. Poza tym przez cały czas nie odstępował mnie na krok, pilnujac, żeby „księżniczka” przypadkiem się nie zgubiła i żeby nikt jej nie okradł... Okazało się , że Alexandro (tak miał na imię) przyjechał z Argentyny kilka dni wcześniej. Planował wybrać się na Machu Picchu, więc tym razem ja mogłam mu pomóc, dzieląc się swoimi doświadczeniami. Podziękowaliśmy sobie na wzajem za miłe towarzystwo i pożegnaliśmy się życząc sobie przyjemnej podróży, po czym poszliśmy - każde w swoją stronę.

Wkrótce okazało się, że nasze księgi mają więcej wspólnych kartek... Po pożegnaniu Alexandro, udałam się na inną część targu na przepyszny owocowy lunch i zaraz potem złapałam autobus powrotny. Do Cuzco dotarłam po południu i postanowiłam wracać do mojego hostelu trochę inną drogą, aby zwiedzić tę część miasta, której jeszcze nie miałam okazji oglądać. Po kilkunastu minutach spacerowania mniej znanymi, bocznymi uliczkami usłyszałam znajomy głos: ”How are you?”. Podniosłam głowę - na przeciwko mnie, jak spod ziemi, wyrósł nie kto inny - tylko Alexandro! „Kim ty jesteś chłopie?” – pomyślałam, i założę się, że on pomyślał o mnie to samo. Powiedziałam, że chciałabym jeszcze dzisiaj odwiedzić muzeum mojej imienniczki czyli Klasztor św. Katarzyny. Alexandro z ochotą przystał na tę propozycję i razem udaliśmy się w stronę muzeum. I tutaj okazało się, że mój „Anioł Stróż” znowu pojawił się o właściwym czasie we właściwym miejscu, bo dzięki niemu weszłam do muzeum za połowę ceny – Alexandro wykorzystał swoją zniżkę studencką na nas oboje.

Po zwiedzaniu muzeum pożegnaliśmy się po raz kolejny. Do końca mojej podróży nie spotkałam go już więcej, ale spotkałam kilka innych osób w podobnych niespodziewanych okolicznościach, które pojawiały się nagle tylko po to, aby mi pomóc.

Tajemny język hiszpański – II stopień wtajemniczenia

Dnia nastepnego, spacerujac po Cuzco, poczułam sie nieco zmęczona - rozrzedzone powietrze i brak tlenu na tej wysokości robią swoje. W związku z tym, że nie było wolnej ławki na skwerku, dosiadłam się do pewnego drzemiącego pana. Kiedy tylko usiadłam, ów gentelmen natychmiast obudził się i zaczął ze mną rozmawiać jakby znał mnie od lat i właśnie na mnie czekał. Okazało się, że Juan Antonio jest urzędnikiem pracującym w miejscowym departamencie edukacji. I chyba, w związku ze swoim zawodem, postawił sobie za cel nauczyć mnie lepiej mówić po hiszpańsku.

Była to najtrudniejsza, najciekawsza i najbardziej przydatna lekcja w moim życiu. Przede wszystkim, wszystkie słowa i zwroty tłumaczone były z hiszpańskiego na hiszpański! W związku z tym, do tłumaczenia trzeba było używać wszelkich możliwych zdolności aktorskich, wyczucia i intuicji. W czasie tej lekcji poruszyliśmy różne tematy, ale najciekawsze dla mnie było to, że Peruwiańczycy wiedzą tak dużo o Polsce - nie tylko z powodu Papieża-Polaka, ale pamietają na przykład, że jakieś 30 lat temu na mistrzostwach świata w piłce nożnej słynny „król strzelców” – Grzegorz Lato - strzelił peruwiańskiej drużynie gola, w skutek czego Peru musiało pożegnać się z marzeniami o medalu.

Poza ciekawostkami, jakimi uraczył mnie „Mistrz Mowy Tajemnej” – Juan Antonio, okazało się że, wszystkich tych zwrotów i „magicznych zaklęć” hiszpańskich, które włożył mi do głowy będę musiała użyć już nstępnego ranka. Po niezwykłym spotkaniu z Juanem, tego samego wieczoru wyjeżdżałam do Puno – miejscowości portowej nad jeziorem Titicaca, położonego jeszcze wyżej niż Cuzco (niecałe 4000 metrów n.p.m.). Zaraz po przyjeździe, chciałam udać się na wycieczkę po jeziorze, aby zwiedzić słynne wyspy pływające i nie tylko. Gdy dotarłam na miejsce i wysiadłam z autobusu wraz z innymi podróżnymi, natychmiast okrążyli nas przedstawiciele agencji turystycznych, z których chyba nikt niemówił po angielsku. Mną „zajęła się” kobieta o indiańskich rysach, która w odróżnieniu od innych białych agentów powoli i spokojnie odpowiadała na każde moje pytanie i tłumaczyła mi jak zorganizowana jest taka wycieczka. Nagle zorientowałam się, że od ponad pół godziny rozmawiam z nią po hiszpańsku, używając dokładnie tych samych słów i zwrotów, które poprzedniego dnia „zainstalowł” na moim „twardym dysku” Juan Antonio. Mało tego - udało mi się nawet wynegocjować niższą cene - (około $25 za dwu dniową wycieczkę z przewodnikiem, z noclegiem i jedzeniem).

O zaklinaczce deszczu z jeziora Titicaca

Podczas rejsu po jeziorze Titicaca miałam okazję poznać wspaniałych ludzi – podobnych do mnie podróżników – samotników pochodzących z rożnych zakątków świata. Swoją drogą, nie wiedziałam, że aż tyle osób podróżuje samotnie, a wśród nich zdecydowanie przeważa płeć piękna...

Jezioro Titicaca w połowie należy do Peru, a w drugiej połowie do Boliwii. Jego nazwa jest połączeniem słów pochodzących z dwóch języków indiańskich – Kechua i Aimara. W wolnym, lecz niezbyt precyzyjnym tłumaczeniu, Titicaca oznacza „Great Lion Mountain”. Faktycznie, zdjęcia satelitarne jeziora odzwierciedlają kształt pumy polującej na królika. Tylko skąd wiedzieli o tym rdzenni mieszkańcy tamtych terenów już tysiące lat temu, nie mając do dyspozycji takich cudów techniki, jakimi my dysponujemy. Zastanawiam się do czego właściwie potrzebna jest nam ta cała „nowoczesna” technologia. Okazuje się, że my – współcześni ludzie budujemy super-maszyny tylko po to, aby potwierdzić to, co starożytni wiedzieli dawno temu – i to bez statków kosmicznych, teleskopów, satelitów itp. Okazuje się, że można żyć i bez tego, jak i bez innych znanych nam udogodnień. Dowodem na to są ludzie mieszkający na wyspie Amantani na jeziorze Titicaca. Żyją tam od tysięcy lat bez prądu czy bierzącej wody, które to wynalazki - my uważamy za standard. Jednak ludzie ci są tak bardzo związani ze swoją ziemią i z naturą, że potrafią intuicyjnie odczytać znaki pochodzące z przyrody, i to bez używania specjalistycznych sprzętów.

Na wyspie Amantani zostałam zakwaterowana wraz z dwiema innymi koleżankami w domu miejscowej rodziny. Po całym dniu zwiedzania wyspy i wspinania się na najwyższy jej punkt (ponad 4000m n.p.m.) każdy miałby ochotę na długą gorącą kąpiel. Wiedziałam jednak o tym, że na wyspie nie ma czegoś takiego jak bierząca woda, a co dopiero łazienka... Zapytałyśmy więc nieśmiało gospodyni o odrobinę wody do umycia twarzy – „przecież muszą coś pić, w końcu częstowali nas herbatą” – myślałam sobie. Matilda (tak miała na imię nasza gospodyni) uśmiechnęła się z przekąsem i popatrzyła w niebo. „Dzisiaj wody nie ma” – powiedziała, „ale jutro rano będzie”.

Byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły zastanawiać się nad jej słowami. Zasnęłam zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki. W nocy obudził mnie jednak odgłos bębniącego o dachówki ulewnego deszczu – w tym momencie zrozumiałam co miała na myśli Matilda. I faktycznie, rano czekały na nas przygotowane miski z wodą, w których można było dokonać porannej „ablucji”. Powietrze natomiast pachniało świerzutką miętą, która obficie porastała całą wyspę. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki „miętowy oddech”, zanurzyłam dłonie i twarz w krystalicznej, aksamitnie miękkiej wodzie „prosto z nieba” - poczułam się jakbym była w luksusowym spa. Zaraz potem czekało na nas w 100% organiczne śniadanie oraz herbata ze świerzej mięty – „niebo w gębie”. Po śniadaniu przyszedł po nas przewodnik, aby zabrać nas spowrotem i... czar prysł.

O dobrej wróżce Edwinie

Następnego dnia wyruszyłam w drogę do Arequipy, skąd chciałam udać się na Kanion Colca. Jest on prawie trzy razy głębszy od Grand Canion w USA i uważany jest za drugi co do głębokości na świecie.

Arequipa to urocze miasteczko położone w południowej części Peru. Zakwaterowałam się tam w uroczym hostelu o nazwie „Home Sweet Home” (za jedyne $8 za noc ze śniadaniem). W związku z tym, że byłam nieco zmęczona podróżą, postanowiłam tego wieczoru zostać w hostelu, tym bardziej że miałam towrzystwo. Jedna z mieszkających tam dziewczyn również postanowiła zostać na miejscu. Edwina była angielką o blond włosach i anielskim spojrzeniu. Planowała wybrać się do Puno, skąd ja właśnie przyjechałam. Bez zastanowienia dałam jej więc wszystkie moje mapki i broszurki, które stamtąd przywiozłam. Opowiedziałam jej również o moich planach wyjazdu na Kanion Colca i moim marzeniu, którym było zobaczenie przelatującego nad kanionem kondora. Nadmienić tu trzeba, że podróżując, przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości. Nikt nie rozmawia o swoim zwykłym życiu – o pracy czy szkole. Każdy tylko mowi o tym gdzie już był, co zwiedził, dokąd zamierza pojechać i co chce zobaczyć – życie pozostawione przed podróżą po prostu przestaje istnieć, zupełnie inne rzeczy stają się ważne...

Na Kanion Colca wyjechałam o 3:00 nad ranem. Kanion oddalony jest około 160 km od Arequipy, więc trzeba wyjechać bardzo wcześnie, żeby być tam nad ranem, wtedy są większe szanse na zobaczenie przelatującego kondora. Koszt jednodniowej wycieczki ze śniadaniem to około $20. Widoki po drodze zapierają dech w piersiach – tym bardziej że na tej wysokości brakuje tlenu...

Końcowy etap wycieczki satnowił punkt widokowy, skąd można podziwiać kanion i otaczające go góry oraz pospacerować po okolicy. Przez półtorej godziny włóczyłam się po różnych ścieżkach wypatrując kondora, jednak nie miałam szczęścia... Zrezygnowana, postanowiłam wrócić na taras widokowy, żeby ostatni raz rozejrzeć się za „andyjskim królem przestworzy”. Zbliżałam się powoli do tarasu z głową zwróconą ku niebu – dalej nic! Gdy opuściłam wzrok, zamurowało mni ze zdziwienia – obok mnie na murku siedziała sobie... Edwina. „Cześć. Zrobić ci zdięcie?” – zapytała jakby nigdy nic. Odpowiedziałam ze smutkiem, że chciałabym zdjęcie przelatującego kondora, ale nie mam dziś szczęścia. Edwina powiedziała mi, że widziała dziś rano kondora. „I ty też napewno go zobaczysz!” – wypowiedziała zaklęcie Dobra Wróżka. „To dobrze.” – odrzekłam i pożegnałam przyjaciółkę, gdyż zbliżała się nasza pora wyjazdu. Odwróciłam się i zaczęłam powoli zmierzać w kierunku parkingu. Nagle zobaczyłam, że wszyscy przebywający tutaj turyści łapią nerwowo za aparaty i kamery. Podniosłam głowę – Jeden...! Drugi...! Trzeci...! Kondor ma około 4 metry rozpiętości skrzydeł i lata z tak zawrotną prędkością, że ledwo udało mi się uwiecznić go na fotografii, na której jest on zaledwie małą plamką. Jednak nigdy nie zapomnę wrażenia, kiedy przez ułamek sekundy znalazłam się w cieniu jego skrzydeł... Dziękuję ci Dobra Wróżko!

W tym miejscu kończy się peruwiańska część mojej księgi. Na szczęście przede mną jeszcze wiele nieprzeczytanych stronic. Podczas podróży zdarzają się różne historie, ale to my decydujemy, czy będą one sensacją, komedią, fantazy, a może romansem...

Bon vojage!

niedziela, 17 października 2010

Podróże kształcą - o życiowych lekcjach z Gwatemali

No coż, nie było mnie przez chwilę tutaj - tym bardziej miło mi powrócić do pisania postów. Zajęta byłam swoim życiem... w podróżach, gdzie nie zawsze był dostęp do internetu...
Trochę się już tych podróży nazbierało w moim życiu, a każda nauczyła mnie co najmniej kilku ciekawych
życiowych lekcji.


Tym razem chciałabym opisać lekcje, jakich nauczyłam się w podróży do Gwatemali.

Lekcja 1: Najlepsze decyzje to te, podejmowane spontanicznie.


Do tej pory myślałam, że każdą podróż trzeba starannie zaplanować, bo inaczej może stać się coś złego. Tymczasem, decyzję o wyjeździe podjęłyśmy z koleżanką w ciągu godziny. Udało nam się znaleźć lot już za 3 dni, co kosztowało jedynie $275.00. Okazało się, że wcale nie trzeba planować takich wypraw z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, żeby dostać tanie bilety.

Kiedy w końcu wylądowałyśmy w naszej „ziemii obiecanej” czyli Gwatemala City, wybrałyśmy dowolną taksówkę, która zawiozła nas do przepieknej miejscowości Antigua oddalonej od stolicy o jakieś 30 km - koszt przejazdu wyniósł $20. W związku z tym, że nie zarezerwowałyśmy sobie wcześniej żadnego noclegu, wybrałyśmy się na poszukiwanie takowego, a przy okazji zwiedziłyśmy miasto. A było co oglądać, bo Antigua, jest małym kolonialnym miasteczkiem przecudnej urody, gdzie małe domki i wąskie, brukowane uliczki sprawiają, że odnosi się wrażenie jakby czas staną w miejscu - gdzieś w XVI wieku.

W końcu znalazłyśmy uroczy hostel o równie pięknej nazwie - HOLISTICO. Wewnątrz było piękne, słoneczne patio, a pokoje były czyste i schludne. Miejsce to oddalone było od centrum zaledwie o 5 minut drogi na piechotę i kosztowało jedyne $8 za noc ze śniadaniem!


Lekcja 2: Gwatemalczycy są raczej ubogim narodem – nie mają wielu rzeczy, które my uważamy za standard. Jednak posiadają luksus, którego my możemy im tylko pozazdrościć – MAJĄ CZAS!!!

Pierwszy dzień w Antigle spędziłyśmy spacerując powoli i spokojnie po malowniczych uliczkach miasteczka. Ze zdziwieniem spostrzegłyśmy, że obejście całego miasta zajęło nam zaledwie godzinę. Po drodze mijałyśmy miejscowych artystów malujących przepiękne pejzaże i sprzedających ręcznie robioną biżuterię i tekstylia. Zaglądałyśmy do każdego sklepiku i na każdy stragan w poszukiwaniu pamiątek. Tam, zamiast markowych, podobnych do siebie i drogich rzeczy dostępnych w centrach handlowych wielkich miast, zobaczyłam mnóstwo przepięknych i kolorowych ubrań, butów, torebek i biżuterii, z których każda rzecz była małym, niepowtarzalnym, ręcznie robionym dziełem sztuki, a do tego niedrogim!

Należy również podkreślić, że sprzedawcy tych pamiątek mimo dużego ruchu mieli czas porozmawiać ze wszystkimi zainteresowanymi i klientami – nikt tam się nie śpieszył, ani nikogo nie poganiał. Mimo biedy - wszyscy uśmiechają się do siebie, szanują się na wzajem i mają czas na rozmowę z drugim człowiekiem. Artyści ci nie zarabiają wiele, ale są szczęśliwi, bo mają czas tworzyć, to co kochają. Czy nas stać na taki luksus?

Ja, natomiast, zdałam sobie sprawę, że taka rzecz jak zakupy, którą do tej pory traktowałam jako zło konieczne czy coś, co było dla mnie stratą czasu i okropnie nudziło mnie, tutaj nabrało nagle inspirujących barw...


Lekcja 3: Nie ma lepszego przewodnika niż zdrowy rozsądek.

Po szybkim zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu zaczęłyśmy wybierać miejsca i atrakcje, które chciałybyśmy zobaczyć. W związku z tym, że miałyśmy już okazję pochodzić po mieście w poszukiwaniu hostelu, wiedziałyśmy, że w okolicy jest wiele agencji, które organizują transport do różnych ciekawych miejsc, takich jak: Tikal czyli ruiny Majów, najwiekszy targ w Gwatemali – Chichicastenango, jezioro Atitlan, plantacja kawy i inne. Po drodze zebrałyśmy dużo ulotek i mogłyśmy sobie wybrać czas i ceny jakie najbardziej nam odpowiadały, a do tego jeszcze się potargować. Gdybyśmy trzymały się rad podanych w przewodniku i chciały zaplanować to wcześniej np. przez internet, przepłaciłybyśmy kilkukrotnie.

Osobiście czytałam wywiad z autorem jednego z popularnych przewodników, w którym przyznał: "Jeśli ludzie myślą, że testowałem osobiście każdy hotel opisany na przykład w "Lonely Planet Thailand Guide", to muszą być idiotami!" - powiedział Jim Cummings, autor ponad 30 przewodników i atlasów podróżniczych i innych - "Nie dałbym rady nigdy napisać przewodnika, gdybym musiał sam testować i spać w każdym hotelu".

Z doświadczeń tych płynie taki wniosek, że nejlepsze informacje, to te - uzyskane na miejscu od mieszkańców lub innych turystów, którzy korzystali już z tego, z czego my akurat chcemy korzystać.


Lekcja 4: Najlepsza kuchnia to kuchnia lokalna, gdzie przychodzi i jada najwięcej miejscowych

Jak każdy „szanujący się” przewodnik pisze, w krajach trzeciego świata, do których Gwatemala zdecydowanie należy, NIE WOLNO: pić wody czy jeść owoców umytych w tej wodzie, ani kupować jedzenia z ulicy. Na szczęście, ja nie czytałam żadnego przewodnika... W rezultacie, jadłam owoce codziennie – kupione na targu, pokrojone przez indiańską sprzedawczynię, której czystość rąk i noża pozostawiała wiele do życzenia. Za to smak świerzego mango, ananasa i innych owoców nie da się porównać z żadnym innym na świecie. Po owocowym lunchu, wieczorem udawałam się w okolice kościoła... na obiad. Tam swoje stragany z garnuszkami i grillami rozstawiały indiańskie gospodynie, których guacamole, grillowane mięso z ryżem i fasolką albo ciepła zupa po całym dniu zwiedzania, smakowały tak jak najlepszy posiłek zrobiony przez własną babcię z największą troską i miłością... Tak właśnie odżywiałam się przez większość mojego pobytu w Gwatemali – dzięki temu czułam się znakomicie, miałam dużo sił, a przy okazji więcej pieniędzy na zwiedzanie, gdyż jedzenie z ulicy i targu było 5 lub 6 razy tańsze niż w średniej klasy restauracjach.


Lekcja 5: Nawet najlepszy plan jest NICZYM wobec sił natury!

Pewnego pięknego dnia zaplanowałyśmy w końcu wyjazd na ruiny Majów czyli Tikal. Aby dostać się w to miejsce trzeba jechać całą noc (10 godzin), aby pozwiedzać ruiny w ciągu dnia, i wracać w ciągu następnej nocy. Podekscytowane tą podróżą spakowałyśmy się i wymeldowałyśmy z hostelu. Jednak w ciagu dnia zaczęło robić się coraz zimniej a deszcz zacinał coraz mocniej – do naszego miasteczka zbliżał sie sztorm tropikalny... My jednak o tym nie wiedziałyśmy - byłyśmy przekonane, że to zwykła burza i przez cały dzień chodziłyśmy po uliczkach Antiguy w płaszczach przeciwdeszczowych i w klapkach. Dopiero późnym popołudniem, kiedy woda płynąca ulicami sięgała już naszych kolan zaniepokoiłyśmy się nieco. W końcu na jednych z zaryglowanych drzwi jakiejś restauracji zobaczyłyśmy napis: „CLOSED FOR THE TROPICAL STORM”!

Rzecz jasna, nasza wycieczka na ruiny Majów została odwołana. Na szczęście w naszym hostelu wciąż były dla nas miejsca... Odetchnęłyśmy z ulgą, a że w związku ze sztormem pozbawieni byliśmy prądu, wraz z innymi mieszkańcami hostelu spędziliśmy wyśmienity wieczór przy świecach i dobrym winie...

Następnego wieczoru znowu nie udało nam się wyjechać do Tikal, ponieważ mimo lepszej pogody drogi nadal były nieprzejzdne. Jednak trzecia próba powiodła się. Z samego rana dotarłyśmy do Tikal i miałyśmy piekną pogodę przez cały dzień, co pozwoliło nam w pełni podziwiać starożytne miasteczko i jego przepiękne piramidy położone w samym środku tropikalnego lasu.

Po wszystkich perypetiach, powodziach i sztormach byłyśmy przekonane, że już nic gorszego nie może się wydarzyć. I zaraz po powrocie z Tikal zaplanowałyśmy sobie wejście na pobliski wulkan PACAYA. Nie zdążyłyśmy! Właśnie w tym dniu wulkan się uaktywnił i zaczął regularnie wybuchać, w rezultacie czego kilka osób zginęło, a kilka innych odniosło obrażenia.

Sam wybuch wulkanu, na szczęście, nie dotknął nas bezpośrednio, jednak pokrzyżował nam wszystkie inne plany. Okazało się, że zostałyśmy „skazane” na przedłużone wakacje, gdyż z powodu pyłu wulkanicznego wszystkie loty zostały wstrzymane do odwołania! Mnie osobiście taka perspektywa nawet ucieszyła, tym bardziej, że nadal miałyśmy możliwość pozostania w naszym przytulnym hostelu, a dzienny koszt pobytu w Gwatemali z noclegiem i jedzeniem był znacznie niższy niż w NY, więc nie musiałam martwić się o koszty.

Postanowiłyśmy zatem skorzystać z podarowanego przez los dodatkowego czasu i wyruszyłyśmy w dalszą drogę, aby zobaczyć piękne plaże San Salvadoru i stamtąd złapać samolot powrotny do NY. Na miejscu okazało się, że piekne plaże „zniknęły”, gdyż zostały zupełnie zalane przez ostatni sztorm, który wyrzucił na brzeg wiele odpadków i nieczystości... Ale niezrażone niczym postanowiłyśmy skorzystać z innych atrakcji – okoliczne bary i knajpki każdego wieczoru zapewniały muzykę na żywo, wolny wstęp i promocyjne ceny z powodu sztormu, który niewątpliwie wpłynął na zmniejszenie obrotów miejscowych handlarzy. Jednym słowem nie ma tego złego,...


Podsumowując, muszę przyznać, że była to jedna z najciekawszych wypraw w moim życiu. Mimo klęsk żywiołowych i innych niespodziewanych przygód, lub raczej dzięki nim, udało nam się zobaczyć o wiele więcej miejsc i poznać wielu ciekawych ludzi, a co najciekawsze - nauczyć się czegoś o sobie samym.

LEKCJA KOŃCOWA: Świat wcale nie jest mały. Świat jest ogromny - o wiele większy niż nasze umysły.

Więcej lekcji w moim darmowym newsletterze - zapraszam do zapisania się powyżej